wtorek, 18 kwietnia 2017

Rozdział 12.- Kryptonim K.O.Ń.

Pod osłoną nocy. Dwaj szaleńcy, którzy byli w pełni świadomi swoich czynów. Wiedzieli jakie mogą czekać ich, za to, konsekwencje. Nic nie stało im na przeszkodzie- żaden płot, żadne skrzyżowanie dróg. Tutaj liczył się czas. Musieli stawić się jak najszybciej. 
Okej, weź oddech, wcale tak nie było. Napisz to jeszcze raz... 
Pod osłoną chmur. Dwaj szaleńcy- zgadza się. Nie byli świadomi niczego, a szczególnie konsekwencji... Delfina na pewno. Na przeszkodzie stał im każdy płot, na których Delfina zdobiła już kilkadziesiąt dziur w swoich ulubionych skórzanych spodniach. Jedyne spodnie, które były normalnym elementem jej garderoby. Na każdym skrzyżowaniu dróg prawie wpadła pod ciężarówki pędzące z prędkością światła. 
Skradali się jak najgorsi przestępcy. Po zobaczeniu ich strojów przychodzili na myśl najbardziej doświadczeni złodzieje diamentów. Delfina ubrana w skórzaną kurtkę (tak, tylko kurtkę... i stanik oczywiście), ciężkie buty i podziurawione- już teraz- spodnie, a do tego wielka torba, która mogłaby pomieścić kilkadziesiąt sztabek złota, diamentów i innych cennych rzeczy. Dean rzucał się w oczy bez dwóch zdań. Ubrany w typowe rzeczy za czasów The Shield... I jak tu się nie rzucać w oczy, ubranym w coś co przypomina kamizelkę kuloodporną, która jest kamizelką kuloodporną? 
-Ja tego nie będę naprawiać- czknęła Delfina, kiedy pod ciężarem ciężarówki wystrzeliła studzienka, a zaraz po niej trzasnął hydrant. Zatoczyła się do tyłu i gdyby nie spostrzegawczość jej towarzysza to wpadłaby pod kolejną ciężarówkę.- On spierdolił sytuację. Gdzie moje noże, Dean?- mruknęła. 
Nie potrzebowała odpowiedzi. Znaleźli się na miejscu. Budynek świecił niczym połączenie wszystkich neonów z Las Vegas i pomyśleć sobie, że to najważniejszy urząd. To ten typ urzędu gdzie załatwisz wszystko... legalnie, oczywiście. Fenomenalny (nie AJ Styles) Urząd Miasta. 
Ale jak znaleźli się w tym miejscu? 
Wszystko zaczęło się wcześnie rano. Delfina siedziała w swoim klubie i nasłuchiwała hałasów z wyższych pięter. Osoby, które były zamieszane w okupywanie pokoju darły ryje jak delfiny w okresie godowym. Delfiny w okresie godowym... Tak, dokładnie chodzi o państwo Ziggler każdej nocy, zanim, oczywiście, Dolph stracił stracił swojego sprawcę tych okrzyków. Jak widać, niewiele trzeba aby zadowolić Delfinę. Sprzątała nieco i próbowała wygonić mniej cipowatą część państwa Ambrollins. On czuł się tutaj bezpiecznie i nie chciał nigdzie iść, szczególnie, że Kharma polowała na każdego kto wpadł na nią. Po kilku kwadransach Delfina odpuściła sobie wyganianie Dean'a i poszła w stronę bimbrowni ojca. To był błąd, gdy tylko otworzyła drzwi, buchnął w nią odór bimbru, który miał cudowną moc uzdrawiania- według pana AJ'a. Ta cudowna moc uzdrawiania sprawiała, że alkohol uderza do głowy bez ego picia, ale trzeba pomnożyć picie wódki jakieś trzydzieści razy. Oto efekt. Pani Ziggler zatoczyła się z powrotem do klubu i tam klepnęła tyłkiem na podłogę. 
-A gdybym tak się zemścił?- westchnął do siebie Dean.- To byłaby najlepsza zemsta! 
-Jaka zemsta?- zapytała Delfi idąc na czworaka w stronę kanapy gdzie siedział jej przyjaciel. Powoli wczołgała się na nią, ale to było niełatwe zadanie. Najpierw położyła się wzdłuż niej, a następnie podniosła do góry nogi o położyła je na oparciu. Następnie złapała Ambrose'a za ramię i podciągnęła się do góry.- Przebiegłam maraton, szmaty!- wykrzyknęła wyrzucając w górę swoje ręce, co sprawiło, że znowu wylądowała na podłodze. Prosto w kałużę swojego zażenowania. 
-Koniec Oszukiwania Niuńków! Kryptonim KOŃ. Trzeba zmienić imię! Trzeba zmienić!- powiedział podekscytowany i zaczął krążyć dookoła rury.- Jak wiadomo dziecko Sleepki jest też moim dzieckiem i to ja powinienem wybierać dla niego imię! 
Tak właśnie znaleźli się przed Urzędem Miasta. Dla Delfiny nadal nie była to jasna sytuacja i za dużo nie pamięta. Nie wie dokładnie dlaczego właśnie jest tu z Dean'em, ale powoli zaczęło to do niej dochodzić. 
-Nie możemy!- wrzasnęła szarpiąc go za ramię w przeciwnym kierunku. 
-Możemy!
-Ja nigdzie nie idę!- Uwiesiła się słupa jak swojej ulubionej rury w klubie.
- Jeśli ze mną nie pójdziesz to każdy dowie się o twoim romansie z Randy'm- powiedział z wyższością Dean. Cwana bestia. Niewiele trzeba było żeby przekonać kogoś takiego jak Delfina. Była głupiutka i swoim IQ mogła konkurować z Romanem, ale Roman najprawdopodobniej by wygra. 
-Zasmarkana cerkwio!- wrzasnęła i weszła prosto w paszczę lwa. 

Przy biurku siedziała starsza pani, której szkła w okularach były niczym denka w słoikach. Kok na czubku głowy był tak ściśnięty, że wszystkie zmarszczki z jej starej twarzy zniknęły. Może ja też będę się tak czesać?, pomyślała Delfina. 
-Uruguru?- zdziwiła się kobieta.- Dlaczego tak właśnie chce nazwać dziecko? 
Dean był przebiegły i nikt za dużo nie pytał, dlatego siedział na krześle z uśmiechem, którego nawet sam Joker by się nie powstydził. 
-Ummm... Mój kolega pochodzi z Samoa i to na cześć jego ojca. Tęsknię za panem Uruguru- powiedział chowając twarz w dłonie i wydał z siebie szloch. 
-Tata Romana ma na imię Uruguru?- zdziwiła się Delfina.
-Zamknij się, koreanko z Krymu- wycedził przez zęby Ambrose. 
-Mieszkałam w Wietnamie ty idioto i niech tylko Sleepka się dowie o tym co robisz. 
-Gotowe!- powiedziała podekscytowana kobieta podając dokumenty prosto... Prosto w ręce Kharmy, która nie wiadomo skąd wzięła się w Urzędzie. 
Delfina ucieszyła się na widok matki, a Dean tylko przełknął ślinę ze strachu. Już wiedział, że przegrał tą wojnę, a Sleepka za moment się dowie. Pani Ziggler wdrapała się na plecy matki, która ruszyła biegiem w stronę hotelu. Jeśli w hotelu trwa oblężenie to teraz zacznie się I Wojna Hotelowa o prawa rodzicielskie i Uruguru. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Nikumu
dla Zaczarowanych Szablonów.